niedziela, 13 listopada 2016

Bez Słów

Czy są takie rany, których miłość nie zdoła uleczyć?

Archer, obarczony niewypowiedzianym cierpieniem, mieszka w swojej samotni blisko lasu. Jest przekonany, że tylko tyle mu zostało.
Do sennego, pobliskiego miasteczka przybywa Bree. Dziewczyna liczy na to, że w końcu odnajdzie rozpaczliwie poszukiwany spokój. Gdy spotyka Archera, jej początkowa nieufność zamienia się w rosnącą fascynację outsiderem. Próbując przedrzeć się przez warstwy niedostępności i dzikości, jakimi Archer przez lata zasłaniał się przed innymi, Bree powoli rozbiera go z kolejnych tajemnic.
Czy budzące się w ciszy uczucie uwolni ich od bolesnej przeszłości?



Od czego powinnam zacząć? Tego sama nie wiem. Jestem dalej wstrząśnięta i po prostu brakuje mi słów. Zamówiłam książkę, potem ją odebrałam z poczty, a następnie przeczytałam i się załamałam, ale nie mówię tutaj o czymś złym, wręcz przeciwnie. Pokochałam to opowiadanie całym sercem. Jak widzicie w opisie na pierwszy rzut oka może wydawać się wszystko jasne, jednak ja was zmylę. To bzdury. Nic nie jest jasne. To nic nam nie mówi. Historia - to właśnie ona zbliża nas do bohaterów. Historia banalna? A skądże. Wyjątkowa. Daje nam odpowiedzi na wszystkie pytania, które rodzą się w naszej głowie. Trzeba ją czytać w jasnym pomieszczeniu, gdzie widać wyraźnie każdą literkę. A co z bohaterami pewnie się zastanawiacie. Otóż oni noszą na barkach cierpienie i smutek. Wydają się odłamkami stłuczonego szkła, które trzeba skleić. Bree to piękna i bardzo inteligentna kobieta, która przeżyła coś strasznego. Jej charakter pokazywał nam wiele istotnych kwestii, a jej wypowiedzi i uczucia, które potrafiła komuś okazać były PRAWDZIWE. Archer za to cichy i dosyć impulsywny. Jego życie wzrusza i to naprawdę mocno. Pokochałam go od pierwszego opisu jego postaci. Nie wiem czy można zakochać się w postaci z książki, ale ja to właśnie zrobiłam. Szczerość Archera sprawiły, że zdobył moje zaufanie od razu. I to właśnie on jest moim ulubionych bohaterem. Nie jego wuj. Nie sąsiadka Bree. Nie jego pies. On. Płakałam. Śmiałam się. Przeklinałam tak, że pewnie sąsiedzi z dołu mnie słyszeli, ale co z tego? Ja jestem teraz szczęśliwa, że na mojej półce jest ta historia napisana od początku do końca. Dziękuję Ci Mia Sheridan za napisanie tak cudownej i pouczającej powieści. Dziękuję.


"Przyniosłeś ciszę, najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszałam, bo cisza była tam, gdzie byłeś ty. A teraz zabrałeś ją ze sobą. I wszystkie hałasy, wszystkie dźwięki świata, nie są na tyle głośne, żeby przebić się przez ból złamanego serca."



"Pełne zrozumienia milczenie bywa lepsze od wielu słów, które koniec końców okazują się bezsensowne i zbędne."



Btw. Czy ta okładka nie jest piękna??
 Jak na nią patrzę aż mi ślinka cieknie haha.
Co teraz czytacie? Może ktoś z was czytał Bez Słów?
 Mam dla was wiadomość i to dobrą. Nareszcie mam laptopa!
 Może zastępczego, ale ważne że jest! 



Miłego dnia xoxo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz